sobota, 15 lutego 2014

Zbrodnia w błękicie

źródło
W kalendarzu luty, a za oknem wiosna, ale od czego książki? Już od pierwszej strony debiutu Katarzyny Kwiatkowskiej znalazłam się w śnieżnej zadymce.
Świat skrył się za zasłoną lodowatych płatków, pędzących z zawrotną prędkością. Wiał tak silny wiatr, że śnieg padał prawie poziomo.[1]
Jan Morawski, podróżnik i detektyw-amator wraz ze swoim zaufanym kamerdynerem dociera do pałacu w Tarnowicach. Jest tam z niecierpliwością oczekiwany przez Tadeusza Tarnowskiego, właściciela majątku i wieloletniego przyjaciela Jana. Kolacja w gronie rodziny, rezydentów i gości mija jednak w atmosferze dalekiej od rodzinnej i radosnej. Docinki, aluzje i wzajemne animozje, do tego śnieżyca, która dosłownie odcina bohaterów od reszty świata. Pełni złowieszczych przeczuć wszyscy udają się na spoczynek, by rankiem odkryć, że mieszkanka błękitnej sypialni została zamordowana.
Zrozpaczony gospodarz prosi Jana o pomoc w znalezieniu mordercy.

Zasypane drogi uniemożliwiają wezwanie władz, zresztą pruscy urzędnicy nie są upragnionymi gośćmi wśród polskiej szlachty. Śledztwo prowadzone przez Jana Morawskiego to klasyczne rozmowy ze wszystkimi domownikami, wymagające dyplomacji, spostrzegawczości i znajomości psychiki ludzkiej. Jan, korzystając niejednokrotnie z pomocy Mateusza, (wielbiciela Conan Doyle'a; zafascynowanego zagadkami kryminalnymi oraz rekonstrukcjami wydarzeń, który najchętniej pracowałby w policji, gdyby nie wrażliwość na widok krwi) stara się połączyć fakty, znaleźć powiązania między poszczególnymi postaciami tego dramatu. Każda kolejna rozmowa rzuca nowe światło na całą sytuację. Już wydaje się, że wiemy, kto jest najbardziej prawdopodobny jako sprawca, gdy okoliczności zupełnie go uniewinniają i cała zabawa zaczyna się od początku. Rozwiązanie zagadki zostanie przedstawione w iście Herkulesowym stylu - zebrani w jednym pomieszczeniu wszyscy podejrzani, ukazanie, że każdy mógł mieć motyw i sposobność, dramatyczne zakończenie.

A wszystko w realiach XIX-wiecznego, dobrze zarządzanego polskiego majątku w zaborze pruskim. Katarzyna Kwiatkowska zabiera nas na prawdziwą wycieczkę po ówczesnym pałacu. Liczna służba, pokoje kredensowe, jadalnia, biblioteka, reprezentacyjne sypialnie i salony, ogród zimowy, stajnie. No i oczywiście kuchnia! A w tej kuchni, morderstwo, nie morderstwo, jedzenie przygotować trzeba, tym bardziej, że uwięzieni w pałacu goście nie mają za wiele do roboty.
Pojawiają się zatem pełne przysmaków półmiski. Sola w sosie holenderskim, comber sarni z truflami i sosem maderowym, przyrumienione kwiczoły i przepiórki z kompotami i sałatami, indyk nadziewany kasztanami. Nie zabrakło też deserów: tort hiszpański, krem ananasowy, konfitury truskawkowe i morelowe w gęstym syropie, wyglądające jak zakrzepłe w słońcu.
Do kawy podawane są babeczki waniliowe (Ciasto kruche, pękające od razu, maślane, mało słodkie. A wewnątrz pyszna masa waniliowa - ni to budyń, ni to krem [2]), klery z polewą kawową, czekoladowe kule z suszonymi śliwkami, makowiec z cieniutką warstwą ciasta i mnóstwem masy makowej - wilgotnej i pełnej bakalii.
Służba raczy się na śniadanie gorącym pieczywem i kluberkami, czyli kluskami z żytniej mąki, podczas gdy goście jeszcze smacznie śpią. O ósmej dostaną do pokojów kawę lub herbatę z domowymi sucharkami, zaś później nie pogardzą polędwicą na zimno, chaud-froid z kurczaka, pasztetem z zająca, domowymi wędlinami, półgęskami i ozorkami, jajkami na szynce lub powidłami śliwkowymi.
Z opisami tych wszystkich frykasów wygrywa jednak śniadanie w oberży w pobliskim miasteczku, gdzie na moment przenosi się śledztwo, gdy udaje się już wydostać z dworu.

Chleb, który przyniosła oberżystka, to nie był bochenek, tylko bochen. Kroiła nie na blacie, lecz w powietrzu, używając do tego wielkiego noża. (...)
Zamknął oczy i powąchał chleb - pachniał cudownie i był jeszcze lekko ciepły. Oderwał kawałek i powoli żuł. Smakował tak samo, jak pachniał: domem i dobrobytem. (...)
Od pieca dolatywał nowy zapach - smażonego boczku.
Po chwili oberżystka przyniosła wielki rondel i postawiła go na stole. Wewnątrz był ów pachnący boczek, cebula i usmażone jajka - tuzin, może nawet mendel. (...) zawartość rondla pachniała tak niebiańsko, że Jan bał się, iż lada chwila zacznie mu kapać na stół ślina.  [3]

Lepiej nie czytać tej książki na głodno ;)

Delikatne wstawki historyczne, echa wojen napoleońskich, walka o polskość, bardzo barwne i wyraziste postacie, skrywające niejedną niespodziankę. Zbrodnia w błękicie to bardzo klimatyczny klasyczny kryminał retro z udaną intrygą w stylu Królowej Kryminału. To wszystko wystarczyłoby, by książka mi się podobała, ale mamy jeszcze mnóstwo nawiązań do literatury. Bohaterowie czytają! A dobór lektur mają bardzo różnorodny, dokładnie tak różny, jak i oni różnią się od siebie. Janko Muzykant w opozycji do Bestii ludzkiej Zoli, dzieła o prowadzeniu domu wiejskiego Karoliny Nakwaskiej i dzieła Tomasza z Kempis, Giaur Byrona i Piętnastoletni kapitan Verne'a. Pośrednio w rozwiązaniu zagadki pomoże Sienkiewicz, a w szczególności jego Halszka Kurcewiczówna. Jedna z bohaterek - słodka, niewinna Zosia ze koroną ze złotych włosów jako żywo przypomina swą imienniczkę z Soplicowa.
Nie da się ukryć, że Zbrodnia w błękicie okazała się dla mnie książką smakowitą pod wieloma względami! :)
Zbrodnia w błękicie Katarzyna Kwiatkowska, Zysk i S-ka, Poznań 2011,
[1] str. 5
[2] str. 117
[3] str. 236-237




13 komentarzy:

  1. Sprawdziłam, że jest w bibliotece. Kusisz swoją recenzją, oj, kusisz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skuś się, skuś! :) Pyszna jest! ;))

      Usuń
    2. Tak,tak, nęcisz, że hej. Ale najpierw coś zjem zanim zacznę ją czytać ;)

      Usuń
    3. Zjedz koniecznie, najlepiej dobrze przyrumienionego kwiczoła! ;) :)))

      Usuń
  2. Lubię takie klimaty w książkach więc na pewno rozejrzę się za "Zbrodnią w błękicie" :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że będziesz zadowolona! :)

      Usuń
  3. Cieszę się że sięgnęłaś po tę książkę :). Mnie też bardzo przypadła do gustu, a zachwycona byłam relacjami Jana i Mateusza - doskonały duet!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę! Duet Jan-Mateusz, choć mający być nawiązaniem do Holmesa-Watsona (Skrzetuskiego-Rzędziana? ;) wyjątkowy. :))

      Usuń
  4. A czy Dobrodziejka zauważyła literackie skojarzenie Zosi z panem Tadeuszem? I motyw ciasteczek, które nagle Janowi zaczęły coś przypominać? Tak delikatne, nienachalne są te smakowite kąski, że aż wierzyć się nie chce, iż ktoś jeszcze potrafi tak pisać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyła :) W ogóle imiona z całą pewnością nieprzypadkowe :)
      Myślę, że wiele takich niuansów jeszcze zostało do odkrycia.

      Usuń
  5. To samo pomyślałam! A gdyby tak poddać temat pod dyskusję? :)
    No i ciekawe ile takich smaczków będzie w drugim tomie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyznam, że ostatnimi czasy mocno rozkojarzona jestem, przegapiłam Twój link, najmocniej przepraszam, ale wpisuję go na marzec. Czyli dobry początek na marzec już masz ;) I chyba naprawdę dobry, bo jak wynika z Twojej recenzji książka warta zachodu, tym bardziej, że błękitna i zimowa. Mam jedno zastrzeżenie. Nie jest to chyba książka dla tych, co na diecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie fair wobec innych! :)
      Książka naprawdę dobra, a i ci na diecie może skoncentrują się na zagadce i dadzą radę przeczytać? ;)

      Usuń