![]() |
| źródło |
Długo mnie tu nie było. Ale proszę się nie dziwić - wędrówki po bezdrożach krain, w których roi się od magicznych stworzeń, a za każdym krzakiem czyha niebezpieczeństwo, są bardzo czasochłonne. Całe szczęście, że mogłam liczyć na nietuzinkowych towarzyszy podróży, którzy zadbali zarówno o unieszkodliwienie różnych paskud, jak i o rozrywkę - pojedynki na ostre riposty, humor i ironia były na porządku dziennym.
Wolhę Redną poznałam ponad 2 lata temu (KLIK), czas jaki minął między tymi spotkaniami, pyskata magiczka spędziła na nauce i zacieśnianiu przyjaźni z dogewskim władcą.
W końcu nadszedł czas na egzaminy końcowe (zdane śpiewająco) i na oczekiwaną posadę jako naczelna magiczka Dogewy. Ku niezadowoleniu Wolhy, zamiast do doliny wampirów, zostaje ona jednak skierowana na staż na dwór królewski. Rzecz wydaje się nie do uniknięcia - kontrakt został podpisany przez uczelnię, zerwanie go byłoby bardzo kosztowne. Jednak dla Wolhy nie ma rzeczy niemożliwych, zaś sposób w jaki radzi sobie z niechcianą praktyką jest brawurowy, bezczelny, skuteczny i bardzo ... wiedźmowaty.
Objęcie posady w Dogewie nie idzie jednak jak po maśle, okazuje się, że nie tylko Len nie oczekuje naczelnej wiedźmy z otwartymi ramionami, ale wyjechał do swojej narzeczonej, władczyni Arlissu, o której nigdy nawet nie napomknął. Początkowo Wolhę ogarnia potężny foch, ale później coraz silniej ma wrażenie, że coś jest nie tak, a Len znalazł się w niebezpieczeństwie.
Wyrusza zatem w pogoń, chociaż nie może pozbyć się przeczucia, że jest już za późno i w dodatku sama też pakuje się w poważne kłopoty.
