wtorek, 15 lipca 2014

Bielszy odcień śmierci

Ten wpis miał się ukazać wczoraj, w końcu 225 rocznica zdobycia Bastylii to dobra okazja, by napisać coś o francuskiej książce. Nie zawsze jednak wszystko idzie zgodnie z planem, więc o zimowym francuskim śledztwie w Pirenejach będzie dzisiaj.

Bielszy odcień śmierci Bernarda Minier to debiut powieściowy tego autora, fantastycznie przyjęty przez miłośników kryminałów i thrillerów.

Martin Servaz, czterdziestoletni komendant z Tuluzy zostaje w trybie pilnym wezwany do elektrowni wodnej w pirenejskiej dolinie z powodu makabrycznego znaleziska. 

W tym samym czasie Diane Berg, młoda psycholożka, rozpoczyna pracę w Ośrodku Psychiatrii Penitencjarnej dr. Charles’a Wargniera - położonym na zupełnym odludziu, ściśle strzeżonym zakładzie dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Nie ma pojęcia, jak bardzo posada, o którą zabiegała, będzie odbiegać od jej wyobrażeń, a przygotowanie i wykształcenie okażą się zdecydowanie niewystarczające. 

Gdy technicy policyjni zidentyfikują w kolejce górskiej, prowadzącej do miejsca zbrodni, ślad DNA, jednoznacznie wskazujący na jednego z pacjentów ośrodka, śledczy nie unikną wizyty w zakładzie. Czy to możliwe, że najniebezpieczniejszy i najbardziej pilnowany lokator ośrodka wydostał się z niego, popełnił odrażający czyn, a następnie wrócił grzecznie do celi?  A może w ogóle nie miał z tym nic wspólnego i ktoś prowadzi z policją jakąś grę? Pytań wiele, odpowiedzi brak, a to dopiero początek dramatycznych wydarzeń.

Bielszy odcień śmierci to zawiłe, wielowątkowe śledztwo w klaustrofobicznej atmosferze wynikającej zarówno z okoliczności popełnionych zbrodni, jak i potęgi otaczającej bohaterów natury, jej piękna i bezwzględności. 

Coś rosło w jego piersi. Paniczny lęk... (...) Ten lęk czaił się od samego początku na dnie jego serca jak ziarno, które tylko czeka, by zakiełkować i rosnąć. Miał ochotę wziąć nogi za pas, uciekać z tego miejsca, z tej doliny, z tych gór... [1]

Bernard Minier umiejętnie wciąga czytelnika w kreowany przez siebie świat, postacie stają się ludźmi z kości i krwi, o sprecyzowanych charakterach, sposobie bycia, historii. Opis prowadzonego dochodzenia jest rzeczowy i realistyczny, autor nie zdaje się na intuicję, czy przebłyski geniuszu bohaterów. Jednocześnie funduje czytelnikowi niespodzianki i okazuje się, że to co nam się wydawało to tylko złudzenie, obraz oglądany pod niewłaściwym kątem. Spojrzenie z innej strony odkrywa przed nami drugie dno, bo każdy człowiek ma coś do ukrycia.

Jedyny wątek, po którym oczekiwałam więcej to praca Diane Berg w Ośrodku. Liczyłam chyba na coś pokroju Clarice Starling i Hannibala Lectera. Tymczasem rola Diane w Bielszym odcieniu śmierci jest jednak zdecydowanie drugoplanowa, a i sama bohaterka nie umywa się do Starling. Jej przeciwnik, choć kreowany na geniusza zła, też z pewnością ustępuje pola Lecterowi. 

Bielszy odcień śmierci jest często porównywany do kryminałów skandynawskich - zarówno jeśli chodzi o mroczny klimat, historie z przeszłości, jak i problemy społeczne. Jednocześnie powieść ta charakteryzuje się francuskim wyrafinowaniem w opisach miejsc, postaci, stylu życia. Interesujące jest też ukazanie niełatwej współpracy dwóch służb mundurowych Żandarmerii i Policji.

Niech argumentem na to, że trudno odłożyć tę książkę, będzie fakt, że na poważnie zastanawiałam się nad zabraniem w podróż tej ponad 500 stronicowej cegiełki. Nie zdążyłam jej skończyć przed wyjazdem i do ostatniej chwili walczyłam z pokusą, by niepostrzeżenie włożyć ją do torby podręcznej. Rozsądek jednak zwyciężył, do Wilna pojechał ze mną Kindelek, a na rozwiązanie zagadki musiałam poczekać. 

Na pewno wkrótce sięgnę po drugą powieść Bernarda Minier Krąg, wydaną w Polsce w ubiegłym roku, a we Francji już ukazała się trzecia książka o Martinie Servaz - N'éteins pas la lumière


[1] Bernard Miner, Bielszy odcień śmierci, Rebis, Poznań 2012, str. 378

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza